Tajlandia: Prachuap Khiri Khan, Ko Surin, Ko Lanta

O 5.00 rano znaleźliśmy się na dworcu w Bangkoku. Ledwo co zdążyliśmy wysiąść, a tu już wszyscy „Tuk-Tuk? Tuk-Tuk? Where you go? Where you go?”. Na to pytanie nawet nie mogliśmy odpowiedzieć, bo rzeczywiście jeszcze zupełnie nie wiedzieliśmy dokąd jechać. Wiedzieliśmy jednak, że na południe, więc musieliśmy się dostać z jednego dworca autobusowego na drugi. Po kilku minutach (nie żartuję mówiąc minuty – trafiliśmy na jakiegoś dziwnie zakręconego taksówkarza, który śpiewając przy 130km/h prawie że fruwał po drogach Bangkoku, jakby go ktoś gonił!) znaleźliśmy się właśnie na tym dworcu i patrząc po wywieszkach różnych miejscowości w okienkach jak i po tym, czy bilety jeszcze dostępne, czy nie, zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Prachuap Khiri Khan. Po sześciogodzinnej podróży, która miała trwać 4 godziny, wysiedliśmy w bardzo spokojnym i przejemnym miejscu. Szukając noclegu kierowaliśmy się naszym przewodnikiem i jak się później okazało mieliśmy szczęście, bo wszystkie pokoje w tym jak i w innych, hotelach, hostelach i guesthousach były powynajmowane. Z tych trzech dni, które byliśmy w Prachuap spędziliśmy dwa na dużej, spokojnej i pustej plaży, do której dojeżdżaliśmy 4 km rowerami przez teren wojskowy (w samym Prachuap też jest „plaża” wzduż promenady, ale tam się nikt nie kąpie), a w ten trzeci dzień zwiedziliśmy – również na rowerach – okolice. Na wzgórzu, prawie w samym centrum, jest świątynia, która sama w sobie absolutnie nie jest warta wejścia po schodach, ale z góry jest ładny widok na morze, plaże i miasto. Największą atrakcją tej świątyni to zdecydowanie banda małp, która żyje na tym wzgórzu. Czy duże, czy małe, wszystkie małpy polują na turystów z nadzieją, że jeden z nich będzie miał przy sobie siateczkę, najlepiej z bananami, albo czymkolwiek innym, byle tylko zjadliwe. Poza tym warto pojechać do wioski rybaków. My – oczywiście na rowerkach ;-) – pojechaliśmy tam późnym popołudniem i łódki rybaków na tle zachodu słońca tworzyły wyjątkową atmosferę. No i rybkę też zaliczyliśmy :-). Wieczorami smęciliśmy się po promenadzie i po nocnych bazarach i zajadaliśmy się tajlandskimi smakołykami. Mimo, że byliśmy już na licznych bazarach i targach – w nocy jak i w dzień – znajdujemy wciąż nowe i pyszne potrawy!!

Po trezch dniach czekała nas znów podróż nocnym autobusem. Z Prachuap jechaliśmy do Khuraburi – miejsce z którego wypływają łódki (korzystaliśmy z organizacji Sabina Boat, która nas pozytywnie zaskoczyła) na wyspy Mu Ko Surin, które są również parkiem narodowym i prawdopodobnie jedno z lepszych miejsc do nurkowania w Tajlandii. Na miejscu można wynająć albo namiot albo bungalow. Są tam dwa – 2 km od siebie oddalone – pola namiotowe. Na obu plażach znajdują się łazienki i jedna (!) restauracja, w której są ceny nieco droższe, ale zdecydowanie tańsze niż myśleliśmy. Kto nie chce korzystać z restauracji może się na lądzie zaopatrzyć w własne produkty. Woda pitna jak i woda gorąca (żeby na przykład zalać zupkę chinską) jest za darmo, a rano zawsze jest przygotowany toster (w postaci grila), masło i dżem. Niestety nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, więc byliśmy trochę uzależnieni od restauracji i od humorów pracowników.

Mieliśmy szczęście, bo nasz namiot był tak naprawdę na plaży, prosto z widokiem na morze Andamańskie. Trzy noce spędziliśmy w tym tajskim raju. Czym się można zająć na tej wyspie? Nie ma WiFi, więc uzależnieni od facebooka mają tam odwyk. Dwa razy dziennie są oferowane wycieczki łodziami („longtail-boat”) do najciekawszych punktów na nurkowanie. Warto z tego skorzystać, jak się chce zobaczyć rafy kolarowe, rybki, rekiny, mureny, żółwie i inne stworzenia. Kto nie chce nurkować może poleżeć w hamaku albo poprostu zająć się sobą. Krótko mówiąc: nie ma żadnych rozrywek, ale za to jest dziewicza natura i spokój.

Plan, dokąd pojedziemy dalej powstał znów bardzo spontanicznie i po krótkim przystanku w miescowośći Krabi (nie, niestety nie Kabi) popłynęliśmy dalej na wyspę Ko Lanta. Wyczytaliśmy w przewodniku, że im dalej się na południe wyspy pojedzie, tym spokojniej będzie, więc kierowaliśmy się od razu w tę strone i wylądowaliśmy na plaży Klong Khong (mniej więcej w połowie wyspy). Na ten ostatni tydzień wynajęliśmy pokój/bungalow przy plaży (do wody dochodzi się około 30 sekund), nie kąpiemy się jednak na tej plaży z kilku powodów: po pierwsze w czasie odpływu (czyli obecnie od rana do mniej więcej 15.00 godziny) nie ma wody, po drugie jak już ta woda dopłynie, to jest gorąca jak wrzątek, a po trzecie to wzdłuż tej plaży jest jeden lokal obok drugiego, a my to zawsze chcemy jak najmniej cywilizacji, więc dojeżdżamy mopedem do tych miejsc, gdzie nam się podoba.
Czym można się zająć na Ko Lancie, oprócz plażowania? Jest tu milliard knajp, w których można dobrze zjeść, można zwiedzić wyspę mopedem (jest tutaj nawet miejsce, które się nazywa starym miastem, ale tak naprawdę nie ma tam poza sklepikami z upominkami i kafejkami), można zobaczyć jaskinie albo zrobić wycieczki do pobliskich wysp, jak na przykład Ko Phi Phi.
Kilka słów o Ko Phi Phi. Popłynęliśmy promem na jednodniową wycieczkę po wyspie, która jest znana ze swojego kształtu, z przyrody i z pięknych formacji skał, no i co nie mniej ważne – Tajlandczycy to podkreślają – kojarzy się z filmem „The Beach” z Leonardem Di Caprio w roli głównej. Aby zobaczyć w tym krótkim czasie jak najwięcej, skorzystaliśmy z około 3-godzinnej wycieczki łódką, w tym były przystanki na nurkowanie, jak i mały „lunch” oraz krótki pobyt na plaży z filmu „The Beach”. Sytuacja na Ko Phi Phi wygląda tak: turystów, łódek, wycieczek, itp. jest tak POTWORNIE dużo, że wyspa tonie w tej masówce. Owszem, to było przeżycie, ale niestety nie zbyt pozytywne.

Nasza podróż powoli zbliża się końcu. Ostatnie dni spędzamy bezstresowo. Ładujemy akumulatorki słońcem, no i w piątek zaczynamy podróż powrotną do Wiednia:
Ko Lanta – Krabi – Bangkok – Moskwa – Wiedeń.

Informacje praktyczne:

Mu Ko Surin – Ceny:

– wynajem namiotu: 300 Baht/na dzień
– wynajem (wypranego) śpiworu, poduszki oraz kalimaty: 60 Baht/na dzień
– potrawy w restauracji: 100-180 Baht
– małe piwo (puszka) w restauracji: 80 Baht – nie opłaca się ;-)
– Snorkeling-Trip, czyli 2,5-3 godzinna wycieczka z przystankami na nurowanie: 100 Baht od osoby
– przejazd motorówką (z Khuraburi na Surin i z powrotem): 1700 Baht od osoby
– „wstęp” do Surin, czyli opłata za park narodowy: 400 Baht od osoby

Ko Lanta – Ceny:
– prom: Krabi – Ko Lanta: 400 Baht od osoby
– wynajem bungalowu: od 600 Baht
– wynajem mopedu (oczywiście bez ubezpieczenia, tego tutaj nie ma): 200 Baht na 24h
– prom: Ko Lanta
– Ko Phi Phi: 250 Baht od osoby

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s